koronawirus - reakcja lotnictwa

Koronawirus: wpływ epidemii na lotnictwo

Ostatnie tygodnie upłynęły w mediach na całym świecie pod znakiem koronawirusa SARS-CoV-2 i związanej z nim choroby COVID-19. Najpierw oglądaliśmy kwarantannę w chińskiej prowincji Hubei, oraz heroiczną walkę o zatrzymanie epidemii. Później jego stopniowe rozprzestrzenianie się po świecie, a obecnie śledzimy rozwój wydarzeń praktycznie na całym globie. Najwięcej zachorowań jest aktualnie w Chinach, Korei Południowej, Iranie i we Włoszech. Koronawirus dotarł również do Polski. Jak jego obecność wpływa na lotnictwo? Co mogą porty lotnicze i linie, oraz jakie są kompetencje ground handlingu podczas epidemii?

Ponad 106 tys. przypadków, w tym ponad 3600 zgonów, oraz potwierdzone zarażenia w łącznie 106 krajach – to oficjalne statystyki WHO odnośnie koronawirusa SARS-CoV-2 z niedzielnego wieczora (8.03.2020, 20:00 czasu polskiego). Do tej pory w naszym kraju potwierdzono łącznie osiem przypadków zachorowań. Choć póki co sytuacja jest u nas opanowana, to wiele krajów, w tym europejskich, już teraz poważnie odczuło epidemię. Na szczycie rankingu na Starym Kontynencie są Włochy, gdzie, jak podaje CNN, zdiagnozowano przynajmniej 7300 przypadków, a w skutek choroby COVID-19 zmarło 366 osób. Kilka regionów na północy kraju, głównie w okolicach Mediolanu i Wenecji zamieniono w niedzielę (8.03) w strefy kwarantanny. Zakazano tam zgromadzeń publicznych, a nawet chrztów, pogrzebów czy ślubów z liczną grupą gości. Zamknięte są szkoły, a na ulicach stacjonuje policja z wojskiem. Kwarantannie poddano łącznie około 16 mln osób, czyli 1/4 populacji Włoch!

Mapa potwierdzonych przez WHO przypadków zachorowań na koronawirusa SARS-CoV-2. Stan na godzinę 12:00 8. marca. Źródło: Novel COVID-19 situation by WHO

We Francji ilość zachorowań zbliża się do 1000, a zgonów zanotowano przynajmniej 11. Niewiele lepiej jest w Niemczech, gdzie zachorowało blisko 850 osób, jednak nikt jeszcze nie zmarł w skutek koronawirusa. Na czwartym miejscu w Europie jest Hiszpania z 590 przypadkami, a zaraz za nią Wielka Brytania i Szwajcaria (po około 270-280 zarażonych i dwie ofiary śmiertelne). Nie tylko we Włoszech, ale niemal wszędzie, gdzie stwierdzono przypadki koronawirusa, wprowadzono działania zapobiegawcze. W większości dotknęły one służbę zdrowia, hurtownie medyczne i apteki, oraz… transport lotniczy.

Wirus w powietrzu

Koronawirus roznosi się drogą kropelkową. To znaczy, że każdy płyn ustrojowy człowieka jest potencjalnym środkiem transportu dla wirusa. Jedna osoba może zarazić dwie kolejne, choć w specyficznych warunkach ilość ta wzrasta. Najgroźniejsze jest to, że SARS-CoV-2 może zarażać jeszcze w fazie bezobjawowej, przez co jest trudny do zatrzymania. Są jednak metody stwierdzające, czy dana osoba jest zarażona. Opierają się one jednak o stwierdzenie objawów, a więc nie pozwalają na wykrycie choroby przed fazą zarażającą. Dlatego rozprzestrzenia się tak łatwo. Osoba chora nawet nie wie, że zaraża. Gdy objawy, takie jak kaszel, gorączka, czy zmęczenie już się pojawią, czasami bywa za późno, aby w porę zlokalizować osoby potencjalnie zarażone. Do szybkiego rozprzestrzeniania się koronawirusa przyczynia się w szczególności dobrze rozwinięty transport. Zwłaszcza… lotniczy.

Obecnie epidemie nie mają barier. Jeszcze 40-50 lat temu latało niewiele osób, głównie bogaci turyści, czy biznesmeni, a większość komercyjnego ruchu lotniczego “dla ludu” odbywała się na trasach krajowych, lub w obrębie jednego kontynentu. Dopiero lata ’70 i ’80 XX wieku zapoczątkowały obecnie nam znany model latania – otwarte dla każdego. W dobie tanich lotów czarterowych, czy dalekodystansowych, rozbudowanej sieci połączeń między HUBami i tysięcy samolotów dalekiego zasięgu, lecących jednocześnie w różne regiony świata, wirusy, czy choroby tropikalne mogą przemieszczać się tysiące kilometrów w kilka godzin, wraz ze swoimi nosicielami.

Największą rolę w rozprzestrzenianiu się epidemii mają tradycyjne i dalekodystansowe, czarterowe linie lotnicze. Jest to wina niezamierzona – przewoźnicy nie mogli bowiem przewidzieć, że zarażeni pasażerowie znajdą się na pokładach ich samolotów. Z Chin nosiciele wirusa przylecieli do Europy, Ameryki Północnej, czy innych krajów Azji, a z HUBów przesiedli się na swoje lotniska docelowe. Dlatego też pierwsze przypadki poza Chinami i krajami sąsiednimi, stwierdzono w krajach przesiadkowych, takich jak Francja, USA, czy Niemcy. Dopiero później epidemia przeniosła się na pozostałe kraje, w tym do Polski, gdzie przywędrowała z Niemiec.

Koronawirus a lotnictwo

Niemal natychmiast po stwierdzeniu przypadków zarażenia SARS-CoV-2 poza prowincją Hubei, najwięksi przewoźnicy lotniczy, tacy jak British Airways, Lufthansa, czy United Airlines ograniczyli, bądź od razu całkowicie zawiesili loty do wybranych miast w Chinach, a ostatecznie do całego kraju. Część krajów, w tym Rosja, Jordania, czy Izrael, wprowadziły zakazy wstępu na swoje terytorium osobom, które przebywały w przeciągu ostatnich 14 dni na terenach dotkniętych epidemią. Stopniowo także pozostałe linie lotnicze, w tym LOT, zawiesiły loty do Chin, oraz ograniczyły do krajów sąsiednich, również borykających się z COVID-19. Ograniczenia lotów dotknęły między innymi Singapur, Tajlandię, Japonię, Koreę Południową, czy Tajwan i Hong Kong.

Pod koniec lutego epidemia wybuchła we Włoszech. Również tam ograniczono loty. Jedną z pierwszych linii, która zdecydowała się całkowicie zawiesić loty na północ Italii był Wizzair, który przynajmniej do 3. kwietnia anulował loty do Mediolanu, Bolonii, czy Treviso. Ryanair niechętnie, ale ostatecznie również ograniczył, a w niektórych przypadkach czasowo zawiesił loty do północnych Włoch. W przypadku irlandzkiego low-costa zwyciężył jednak argument ekonomiczny – wzrost liczny anulacji biletów i pasażerów, którzy nie stawili się na samolot. Dochodziło do sytuacji, gdzie mimo bookingu na ponad 180 osób, do samolotu ostatecznie wsiadało nieco ponad 20 pasażerów.

Ze względu na malejące zainteresowanie pasażerów, Lufthansa anulowała aż połowę swoich lotów, w tym po Europie. Uziemiła też około 150 maszyn, w tym całą flotę Airbusów A380. Liczne odwołania lotów mają też British Airways, Delta, United Airlines, Singapore Airlines, Japan Airlines, czy EasyJet. Chińscy przewoźnicy są w większości uziemieni. Na giełdach miniony tydzień zakończył się spadkami. Maleją ceny ropy, a mimo tego przewoźnicy lotniczy już liczą straty. Poza chińską branżą lotniczą, najwięcej stracą przewoźnicy tradycyjni, operujący do dużych HUBów, narażonych na epidemię, oraz latający do Chin. IATA szacuje, że linie lotnicze mogą stracić ponad 100 mld USD z tytułu odwołanych lotów przez koronawirusa. I to tylko w tym roku.

Obsługa naziemna a epidemia

Co my, jako handling możemy zdziałać? Niewiele. Naszą rolą jest oczywiście zgłoszenie każdego, podejrzanego przypadku do odpowiednich służb, jednak w obecnej sytuacji, gdzie każdy z pasażerów przylatujących ze stref zagrożenia ma mierzoną temperaturę i wypełnia kartę lokalizacyjną, jest to tylko formalność. Pamiętajmy jednak, że nie każde lotnisko przylotowe jest portem wysokiego ryzyka. Część pasażerów, lecąca na przykład do Krakowa z Keflawiku, mogła się zarazić podczas pobytu w Hiszpanii, czy w Niemczech. Dla przylotów z takich krajów jak Islandia, Niemcy, Norwegia, czy Wielka Brytania nie ma ani kart lokalizacyjnych, ani pomiaru temperatury. To właśnie przez takie, słabe punkty, epidemia przenika najszybciej. Z drugiej strony mało realne jest sprawdzanie temperatury wszystkich pasażerów i monitorowanie każdej osoby wlatującej do Polski. Poza tym, obecne osiem przypadków w naszym kraju jest związanych z autokarem z Niemiec, a nie z samolotem.

Zanim samolot wyląduje na lotnisku docelowym, zazwyczaj łączy się nie tylko z wieżą kontroli lotów, ale i z obsługą naziemną drogą radiową. Załogi podają paliwo na kolejny odcinek, informacje o pasażerach wymagających asysty PRM, czy inne, ważne informacje. Piloci mogą poinformować (a wręcz muszą) o sytuacji zagrożenia medycznego, choć częściej taka informacja trafia najpierw do kontroli lotów, a dopiero po niej do handlingu. Nie mniej jednak obsługa naziemna dostaje bardziej szczegółowe wytyczne – stan pasażera, miejsce na którym się znajduje, objawy, czy podjęte działania. Taką informację przekazujemy do służb lotniska, które wykonują swoje działania w kooperacji z agentami rampowymi.

W przypadku sytuacji medycznej schody muszą być podstawione jak najszybciej, zwłaszcza przednie, przez które zazwyczaj wchodzą służby medyczne. Podczas epidemii na pokładzie, to my jesteśmy na łączu z załogą za pomocą headsetu do momentu przybycia służb epidemiologicznych. W pierwszych dniach epidemii w Europie to również my dostarczaliśmy karty lokalizacyjne na pokład, obecnie robią to służby medyczne, lub agenci rampowi jeszcze na lotnisku wylotowym. Z kolei nasi agenci obsługi pasażerskiej i prowadzącyagenci obsługi pasażerskiej i prowadzący ściśle współpracują ze służbami lotniska, w kwestii transportu pasażerów w wyznaczone miejsce, a w razie konieczności zgłaszają podejrzenia zarażenia.

Jak się nie zarazić?

Choć pracujemy w miejscu dość mocno narażonym na zarażenie, to nawet mimo tego podstawowe zasady higieny wystarczą, aby nie paść ofiarą koronawirusa. Przede wszystkim należy unikać bezpośredniego kontaktu z pasażerami. Nie jest to łatwe, ale w zdecydowanej większości przypadków wykonalne. W biurze mamy dozowniki z płynem dezynfekującym, którego należy użyć po każdym rejsie. Staramy się ograniczać kontakty z załogami, zwłaszcza jeśli przylatują z miejsc o większym zagęszczeniu przypadków COVID-19.

Wbrew internetowym opiniom, maski medyczne, czy przeciwpyłowe nic nie dają, a wręcz ułatwiają zarażenie – dłuższe ich noszenie tworzy wilgotne i ciepłe środowisko w pobliżu dróg oddechowych i oczu. To z kolei pozwala wirusowi szybciej wtargnąć do organizmu, oraz przeżyć dłużej poza ciałem człowieka. Lepszą ochroną są rękawiczki lateksowe, jednak te należy często wymieniać. Wskazane jest też ograniczenie dotykania twarzy niezdezynfekowanymi dłońmi. W razie kaszlu, bądź kichania, zasłaniajmy usta i nos chusteczką, maską, lub kichajmy/kaszlmy w zgięcie łokciowe. Zachowajmy też dystans przynajmniej metra od osoby z którą rozmawiamy, a w miarę możliwości stójmy bokiem, bądź tyłem do wiatru.

Podstawą jest jednak higiena, zwłaszcza rąk, oraz zdrowy rozsądek.

Przedstawione na blogu treści są prywatnymi opiniami i nie są oficjalnym stanowiskiem firmy Welcome Airport Service.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *