koronawirus - zamknięte lotnisko w Gdańsku

Koronawirus: Praca w lotnictwie podczas epidemii

Choć koronawirus szaleje po świecie, to jest światełko w tunelu. Chiny notują coraz mniejszą liczbę nowych zarażeń. W Europie jednak szczyt zachorowań nadal przed nami. Jak w związku z pandemią, ograniczeniem lotów pasażerskich i wszelakimi kontrolami sanitarnymi radzi sobie lotnictwo?

Samoloty, choć w ograniczonym zakresie, nadal latają. Operacje cargo, loty general aviation, wojskowe, czy specjalne, odbywają się bez większych zmian. Zakazy lotów obowiązują tylko na komercyjne połączenia pasażerskie i zezwalają na przykład na loty repatriacyjne, czarterowe, czy ad-hoc. Pamiętajmy też, że lotniska są kluczowymi węzłami nie tylko transportowymi, ale i punktami o potencjalnym zastosowaniu wojskowym, czy w czasie stanu wyjątkowego. W razie sytuacji awaryjnej, przebazowania maszyn, czy właśnie wspomnianych wcześniej wyjątków, port lotniczy musi pozostać otwarty. Dlatego też lotniska, nie tylko w Polsce, pozostają w gotowości operacyjnej.

Również ground handling, choć w bardzo ograniczonym zakresie, nadal działa. W przypadku Gdańska (ale zapewne na każdym lotnisku zadziałał podobny mechanizm) doszło do natychmiastowej zmiany grafików. Nie ma żadnego sensu, żeby na zmianie, podczas której są dwa rejsy cargo i dwa repatriacyjne, czuwało ośmiu koordynatorów, lider, kierownik zmiany i do tego operacyjny. To samo tyczy się płyty. Wprowadzono system jednoosobowych zmian, dodatkowo rotacyjny, aby w razie zarażenia jednej osoby, wysłać na kwarantannę najwyżej dwie, czy trzy inne, a nie pół oddziału. Zresztą większość firm tak zrobiła. Podobnie z urlopami – ci co mają zaległe urlopy, zostali na nie wysłani.

Koronawirus a lotnisko w Gdańsku

Tak się złożyło, że miałem urlop planowy od 5 do 12 marca. Później miałem mieć szkolenie z operacji FedEx, a dalej kolejne dwa dni wolne. FedEx odwołano, więc urlop przedłużyłem do 15 marca. Teraz, w związku z koroną i zmianą planu pracy, najbliższą zmianę miałem 20. marca, a 18. byłem w gotowości, gdyby nagle potrzebna była pomoc (dodanie lotniska w Gdańsku do akcji Lot do Domu, czy spodziewane, duże przebazowanie). Środa była spokojna, więc dopiero w piątek, między 15:00 a 23:00 zjawiłem się na lotnisku. Pomijając krótkie stąpanie po płytach w Warszawie i Budapeszcie, był to mój pierwszy kontakt z samolotem od ponad dwóch tygodni.

Lotnisko wygląda zupełnie inaczej niż na początku marca. Droga dojazdowa do portu jest całkowicie pusta – nie licząc śmieciarki, minąłem może z trzy inne auta na odcinku od Obwodnicy do Portu Lotniczego. Parkingi są niemal puste, te dzikie również. Terminal jest zamknięty dla osób z zewnątrz, działa tylko jedno wejście, gdzie SOL sprawdza przepustki, lub zezwolenia. Dlatego nie ma po co jechać na lotnisko i robić zdjęcia pustego terminala, bo i tak was nie wpuszczą. Wokół jednak praca wre – brak pasażerów to okazja do wszelkich prac serwisowych, co też teraz się dzieje.

Terminal T2 w Gdańsku w czasie epidemii koronawirusa. Pusty, ciemny, bez pasażerów. jedyne co słychać to szum wiatru i co jakiś czas ogłoszenia o pilnowaniu swojego bagażu.

Wraz ze Strażą Graniczną terenu pilnują żołnierze WOT. Lotów prawie nie ma, ale w każdej chwili może wskoczyć jakiś czarter, lub zdarzyć się przymusowe lądowanie. Od dziś KLM również zawiesza loty, więc generalnie poza niektórymi czarterami i lotami cargo, lotnisko jest wymarłe. Na płycie stoi około 20 maszyn, niemal same samoloty rejsowe LOTu (kilka Dashy). Wizzaira i Ryanaira. Widok A320 Wizza z założonymi osłonami silników jest dość abstrakcyjny. Zazwyczaj widzi się jedną taką maszynę, krótko przed wjazdem do hangaru. Teraz jest takich około dziesięciu.

Zmiana podczas SARS CoV-2

Pierwotnie miałem w piątek zaplanowane tylko cztery godziny – zrobić KLMa, trochę Stand-by i do domu. Sytuacja jednak się zmieniła – popołudniowy KLM odwołany, więc wydłużono mi zmianę do 23:00. Przynajmniej zrobię dwa rejsy cargo, ale do 19 byłem w gotowości. Poza dźwiękiem ubijanej kostki (trwają wspomniane prace serwisowe) na lotnisku panuje wręcz nienaturalna cisza. Żadnych silników, komunikatów z wieży, ogłoszeń pasażerskich. Nic, totalna cisza. W terminalu jest ciemno, brak jakiegokolwiek ruchu, a poza mną i kierownikiem zmiany nie ma nikogo w biurze. Nawet jak budowano terminal, plac budowy był oświetlony. Teraz, wychodząc z pracy, opuszcza się pogrążoną w półmroku, oświetloną tylko lampami ulic bryłę. W obsłudze płytowej jest brygadzista i kilku chłopaków z płyty. Po terenie krążą z dwa patrole Straży Granicznej i SOLu. Na tym koniec. Tętniący niegdyś życiem terminal teraz jest pusty. Samochody i sprzęty lotniskowe łapią kurz i brud, podobnie samoloty.

Na rejsach cargo bez zmian. Tu praktycznie całość dzieje się po staremu. Nawet waga ładunku jest mniej więcej taka sama jak w każdy piątek. TNT i DHL latają w starych porach, na tych samych maszynach. Jedyne różnice to brak pasażerów na kontroli bezpieczeństwa, skąd załoga TNT przechodzi do autobusu, oraz Straż Graniczna, pilnująca żeby załoga z DHLa nie zeszła z lotniska. Poza tym, bez zmian. Różnice widać jednak z daleka – upchnięte Dashe LOTu na płycie cargo i GA, Wizzairy z zaklejonymi portami i zaplombowanymi drzwiami, brak ruchu na drogach serwisowych i wspomniane, częściowe oświetlenie lotniska. Taki widok może z nami pozostać na długo.

Poza handlingiem

Linie lotnicze ograniczają, bądź zawieszają loty. Spowodowane jest to zarówno indywidualną decyzją przewoźników, jak i wspomnianymi wcześniej ograniczeniami w prowadzeniu operacji pasażerskich. Linie lotnicze jednak nie próżnują. Załogi mają niepowtarzalną okazję do szkolenia się, między innymi z lądowań (manewry touch&go, przeprowadzane między innymi w Gdańsku w ostatnich dniach przez Ryanaira). Samoloty mogą również przejść zaplanowane przeglądy. Nie znaczy to jednak, że linie zarabiają. Mają straty i to milionowe. Część z nich zwalnia załogi, lub wysyła je na bezpłatne urlopy. Inni przebazowują samoloty na mniejsze lotniska, aby obniżyć opłaty postojowe. Przykładowo Wizzair wysłał większość, jeśli nie całą swoją flotę z Warszawy do Gdańska, Katowic i Budapesztu. Co więcej, zawiesił do 1. maja działalność baz operacyjnych w Polsce.

Uziemione Dashe PLL LOT w Gdańsku. Widok z pokładu Boeinga 737 FedEx.

Koronawirus na długo zostawi ślad w branży lotniczej. Tegoroczne statystyki ze światowych lotnisk niemal na pewno będą z wyraźną dominacją spadków. Dotyczy to zwłaszcza Europy, czy Dalekiego Wschodu. Pod znakiem zapytania staje przyszłość wielu linii lotniczych, w tym wielkich graczy, takich jak SAS, Lufthansa, czy Norwegian. Również linie spoza Europy, takie jak Korean Air, Cathay Pacific, lub Thai Airways, mocno odczują pandemię. Być może przewoźnicy w słabszej sytuacji finansowej upadną. Na liście zagrożonych jest między innymi LOT, który długo będzie odczuwał to, co spowodował koronawirus. Model HUBowy ma właśnie ten minus, że brak możliwości lotów do danych krajów automatycznie rzutuje na znaczną część siatki połączeń, głównie na loty krajowe, dowożące pasażerów do HUBu danej linii. W przypadku LOTu wyraźny będzie spadek zainteresowania lotami krajowymi, które od razu zostały zawieszone po wprowadzeniu w Polsce zakazu komercyjnych lotów międzynarodowych. Paradoksalnie największe szanse na przetrwanie mają wielcy, tani gracze, czyli Wizzair, czy Ryanair.

Przyszłość a koronawirus

Kryzys związany z koronawirusem dopiero nadejdzie. Linie lotnicze, jak i firmy związane z ich obsługą mają co prawda zabezpieczenie finansowe, ale nie jest ono nieograniczone. Część analityków, głównie związanych z rynkiem Azji Południowo-Wschodniej uważa, że zbankrutować może nawet 90% linii lotniczych. Są to oczywiście szacunki skrajnie pesymistyczne, ale pewnym jest, że wiele linii, nawet tych największych, bez pomocy z budżetu państwa nie przetrwa. Wiadomo już, że po pomoc publiczną sięgną między innymi Lufthansa, SAS, czy Norwegian. Choć LOT o tym nie mówi, również nasz narodowy przewoźnik, prędzej czy później złoży wniosek o dofinansowanie. Samą akcją LOT do Domu, nie zapewni sobie finansowania, zwłaszcza krótko po zakupie Condora (z którego nieoficjalnie planuje się wycofać), oraz w obliczu uziemienia części floty Boeingów 787 i Boeingów 737MAX.

Niepewna jest też przyszłość Centralnego Portu Komunikacyjnego, mającego powstać w gminie Baranów między Warszawą a Łodzią. Koronawirus odciśnie swoje piętno na branży lotniczej nawet na kilka lat, a nie jest pewne, czy LOT wytrzyma taką próbę. Być może naszego narodowego przewoźnika czeka kilka lat zastoju, spowodowanego znacznymi stratami finansowymi. Możliwe że kilka dużych linii zbankrutuje i nie będą już oferować lotów między innymi do Polski. To wszystko sprawia, że trzeba ponownie przemyśleć wiele inwestycji, zwłaszcza w polskie megalotnisko. Ale dopiero po przejściu pandemii.

Przedstawione na blogu treści są prywatnymi opiniami i nie są oficjalnym stanowiskiem firmy Welcome Airport Service.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *